Listopad
Autorem pracy jest Paweł Jeremi Gryko,
uczeń klasy IIc w Katolickim Gimnazjum im. Matki Bożej Miłosierdzia w Białymstoku
Nagroda główna
Pierwszy, listopadowy śnieg pruszy z atramentowego nieba na drogę z ubitego żwiru, którą kroczy kondukt żałobny. Na jego czele znajduje się maleńka trumienka, niesiona przez dwóch grabarzy. Spoczywa w niej Klara, twoja młodsza siostra. Nigdy nie powiedziałaś jej, jak bardzo ją kochasz. Czy zastanawiałaś się jak wyglądałoby teraz twoje życie, gdybyś mogła zmienić tamtą jedną chwilę… Może ona nadal by żyła…
Przekraczasz żelazną bramę cmentarza. Idziesz na samym końcu, bo nie możesz znieść widoku martwego ciała Klary. Jej usta już nigdy do ciebie nie przemówią, w jej oczach już nigdy nie zobaczysz radosnego błysku…
Read more..
Z pamiętnika Marysi
Autorką pracy jest Małgorzata Sierocka, uczennica klasy IV w Szkole Podstawowej nr 1
Wyróżnienie
Wtorek, 2 sierpnia 1938
Już drugi tydzień jestem u cioci Krysi i cioci Halinki w Białymstoku. Świetnie bawię się z ich dziećmi. Najbardziej lubię Lidkę i Lusię. Dzisiaj byłyśmy na spacerze w parku Branickich.
Idąc w kierunku stawu z praczkami spotkałyśmy wiewiórkę. Zaczęłyśmy ją częstować znalezionymi żołędziami. Najwidoczniej bardzo nas polubiła. Pozwalała nawet się pogłaskać. Po nakarmieniu zwierzątka udałyśmy się na pobliską ławeczkę, aby tak jak nasza ruda przyjaciółka, coś przekąsić. Każda z nas dostała drożdżówkę z rodzynkami i butelkę mleka. Kiedy popijałam bułeczkę mlekiem, Lidka zaczęła opowiadać śmieszne historyjki. Roześmiałam się głośno i niewiele brakowało bym się zakrztusiła. Butelka wypadła mi z rąk i poplamiłam swoją ulubioną sukienkę.
Pobiegłyśmy do stawu zaprać wielką plamę. Ale co to? Brakuje tu praczek!!! Szukałyśmy ich, ale zamiast rzeźb spotkałyśmy bardzo sympatycznego pana z wielkim aparatem w rękach. Mężczyzna nazywał się Bolesław Augustis. Ciocia Krysia od razu go polubiła. Pan Bolesław chętnie zrobił nam zdjęcie nad stawem bez praczek. Po długich namowach cioci zgodził się na wspólną kolację. Kolejne zdjęcie to portret cioci.
Niestety już pojutrze muszę wracać do swojego domu, do Krakowa. Mam nadzieję, że za rok znów będę mogła odwiedzić to miasto. Nie daje mi spokoju zniknięcie praczek. Muszę porozmawiać o tym z moim sąsiadem, który jest policjantem.
Historia pewnej przyjaźni
Autorką pracy jest Joanna Elżbieta Sierocka,
uczennica klasy VI w Szkole Podstawowej nr 1
Wyróżnienie
Zadzwonił szkolny dzwonek i wszyscy zaczęli tłoczyć się do wyjścia. Tosia i Basia natychmiast wybiegły ze szkoły i ruszyły do parku cieszyć się majowym słońcem. Usiadły na swojej ulubionej ławce koło psa, zajadając herbatniki. Oddychały głęboko wiosennym ciepłym powietrzem patrząc na mijających ich przechodniów. Nagle zauważyły Zosię. Karmiła małe stadko gruchających gołębi.
– Popatrz – jaka ona dziwna! Rozmawia z ptakami. A jaki ma połatany fartuszek. – powiedziała Basia.
– Jesteś niemiła! Przecież nawet jej nie znamy. Dopiero przed tygodniem się tu wprowadziła i nikogo tu nie zna – skarciła ją przyjaciółka. Pokruszyła swój herbatnik w dłoniach i podeszła do Zosi.
– Czy mogę dać im herbatnika? – spytała miło dziewczynka. Zosia popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Łagodne rysy twarzy idealnie podkreślały jej orzechowe oczy. Mimo prostoty jej ubrania dziewczynka wyglądała ślicznie.
– Proszę! – z radością wzięła na ręce jednego gołąbka i kazała wystawić Tosi rękę. Gołąbek wcale się jej nie bał, tylko zjadł ze smakiem z ręki dziewczynki. Jego szare piórka skrzyły się w słońcu. Podeszła do nich Basia i również dała gołębiom okruszki.
To Zygmunt, Danusia, Władek, czarny Piotruś, a ten biały to Bolek – mówiła wesoło Zosia. Potem opowiedziała im o tym jak przeprowadziła się tu ze wsi, o swoich gołębiach, które tam zostały i o tym jak bez nich czuje się tu samotna. Dziewczynki od razu się polubiły. Co dzień po szkole razem przychodziły dokarmiać swoje stadko. Od tego czasu zostały przyjaciółkami.
Przyjaciele
Autorem pracy jest Damian Toczydłowski, uczeń klasy VIa w Szkole Podstawowej nr 1
Wyróżnienie
W małej wsi pod Białymstokiem mieszkało trzech przyjaciół: Waldek, Kazik i Józef. Chłopcy byli jak bracia. Józek i Kazik pochodzili z dużych rodzin, Waldek miał tylko siostrę. Rodziny chłopców były biedne.
Waldek w wieku dziesięciu lat stracił mamę. Ojciec chłopca nie radził sobie z problemami, zaczął pić, zostawiał dzieci same na noc. Starszy brat musiał opiekować się siostrą, spadło na niego wiele obowiązków, jednak nie był sam. Przyjaciele cały czas mu pomagali, przynosili jedzenie, gdy ojca nie było, dawali drewno na opał.
Rok po śmierci mamy tata otrząsnął się, zrozumiał, że swoim zachowaniem krzywdzi dzieci. Przestał pić, zaczął opiekować się Waldkiem i Krysią. W końcu rodzeństwo mogło normalnie żyć. Przyjaźń kolegów nadal trwała, teraz mieli więcej czasu dla siebie, wspólnie się bawili, wszystko robili razem.
Kiedy chłopiec miał piętnaście lat ojciec poznał cudowną i opiekuńczą kobietę. Ożenił się z nią. Niedługo po ślubie macocha okazała się potworem. Bardzo źle traktowała rodzeństwo, robiła awantury, czepiała się o wszystko. Los w ogóle nie oszczędzał dzieci, cały czas rzucał im kłody pod nogi. Mając zaledwie szesnaście lat Waldek i jego siostra zostali sierotami – ojciec zmarł na zawał. Nastolatek załamał się, nie wiedział kto zaopiekuje się nim i siostrą. Józek i Kazik nie odstępowali przyjaciela na krok, całymi dniami siedzieli w swoim ulubionym miejscu nad rzeką i wspierali go.
Kilka dni po tym wydarzeniu macocha wyrzuciła ich z domu. Rodzeństwo wyjechało do ciotki, która sama mieszkała w Warszawie. Rozstanie przyjaciół było bardzo trudne, bo zawsze byli razem. Ciocia przyjęła ich ciepło, niczego im nie brakowało. Waldek skończył studia. Mężczyzna często wysyłał listy do przyjaciół, jednak bez odpowiedzi.
Pewnych wakacji Waldek postanowił odwiedzić Białystok. Zamyślony przechodząc ulicami wpadł na kogoś, gdy podniósł wzrok rozpoznał Józka. Skakali, śmiali i ściskali się z radości. Pobiegli po Kazika. Okazało się, że we wsi wybuchł pożar, rodziny wyprowadziły się stamtąd, dlatego listy do nich nie docierały. Po wielu latach, gdy znów mogli się widywać, codziennie spędzali czas siedząc w trawie nad rzeką i długo rozmawiając.
Na starej fotografii…
Autorką pracy jest Iga Cemer, uczennica klasy V w Szkole Podstawowej Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny im. Bł. Bolesławy Lament w Białymstoku
Nagroda główna
Pewnego razu była sobie kobieta imieniem Cecylia. Uwielbiała swoją urodę, toteż bardzo o nią dbała. Często odwiedzała salon piękności N.BABIKIER.
Pewnego słonecznego popołudnia wybrała się tam z wizytą. Niestety, musiała pokonać błoto i kałuże, gdyż wcześniej padał deszcz. Mimo to dotarła na miejsce. Już miała zapukać do drzwi, gdy podszedł do niej pewien mężczyzna i zrobił zdjęcie.
Cecylia nie była zdziwiona, często widywała tego pana z aparatem fotograficznym na ulicach Białegostoku. Na chwilę zatrzymała na nim wzrok. Mężczyzna uśmiechnął się, odwrócił i zniknął w sąsiedniej uliczce. Cecylia zamyślona weszła do zakładu i przywitała się z właścicielem, po czym wręczyła bukiet kwiatów jednemu z pracowników, który zaczął się dopytywać:
– Z jakiej to okazji?
– Z żadnej, po prostu zrobił mi pan śliczną fryzurę!
– Dziękuję!
Cecylia wyszła z salonu i szybko zaczęła biec do domu. Nie zdążyła jednak przegonić deszczu i jej fryzura zniszczyła się, a że dla niej najbardziej liczył się wygląd, postanowiła wrócić do zakładu. Los chciał inaczej…
Gdy kobieta stanęła centralnie przed drzwiami, zauważyła schody, których nigdy dotąd nie spostrzegła. Bardzo chciała wiedzieć, dokąd prowadzą, więc nie zważając na ulewę, pobiegła na górę. Ku swemu zdziwieniu ujrzała tylko zwykłe trzy tabliczki:
1. Kosmetyczka
2. Sklep odzieżowy
3. Restauracja
– Spróbuję wszystkiego po kolei!!! – pomyślała Cecylia.
Najpierw zadzwoniła pod numer 1 i otworzyły się drzwi do kosmetyczki. Było tam pięknie: przy różowej ścianie stał wielki blat z różnymi kosmetykami, nad którymi wisiało gigantyczne lustro w purpurowej ramie, a różowe krzesełka tylko czekały, aż ktoś na nich usiądzie. Cecylii to wszystko bardzo się spodobało i postanowiła skorzystać z usług proponowanych w tym pokoju.
– Halo! Jest tu kto?- spytała.
– Tutaj! W czym mogę pomóc?
– Chciałam zapytać, czy zrobi mnie pani na bóstwo?
– Oczywiście! Proszę siadać!
– Świetnie!
Po godzinie Cecylia zobaczyła swoje odbicie w lustrze i krzyknęła przerażenia:
– Co pani ze mną zrobiła?!
Kobiety już jednak nigdzie nie było:
– Dziwne, dziwne… jednak pozory mylą! – pomyślała, po czym weszła do sklepu z ubraniami.
Było tam cudnie! Nawet lepiej niż w salonie piękności: na fioletowych ścianach wisiały wieszaki z masą świetnych ubrań, a na dodatek wszystkie przymierzalnie były puste, więc uradowana Cecylia szybko sięgnęła po sztruksowe rybaczki. Włożyła je i natychmiast poczuła swędzenie na całym ciele:
– To samo! Niby pięknie, a tu proszę!- rozczarowała się i otworzyła drzwi prowadzące do restauracji.
Niestety, tam było strasznie: wszędzie biegały myszy, nad głową wisiały pajęczyny! Jedynie wspaniały zapach przyciągał Cecylię do tego miejsca.
– Przepraszam, czy mogłabym skosztować tego dania, które tak pięknie pachnie? – krzyknęła.
– Oczywiście! Proszę, tu jest! – rozległ się głos jednego z kelnerów.
– Dziękuję!
Po kilku minutach Cecylia zapłaciła rachunek, a wychodząc z restauracji, powiedziała z uznaniem:
– To wyśmienita potrawa! Nigdy w życiu nie jadłam lepszej! Do widzenia!
– Do widzenia.
Po zejściu na dół kobieta opowiedziała o wszystkim pracownikom zakładu damskiego, a oni jak jeden mąż odrzekli:
– Nigdy nie oceniaj książki po okładce!
Stara pożółkła fotografia
Autorką pracy jest Urszula Jabłońska, uczennica klasy VI w Szkole Podstawowej nr 1
Wyróżnienie
Był pochmurny deszczowy dzień. Ulice opustoszały. Tu i ówdzie widać było ociekające wodą parasole. Ludzie chronili się w domach. Krople deszczu spływały po oknach starej białostockiej kamienicy.
Babcia Teresa skończyła właśnie gotować obiad. Wnuki grzecznie bawiły się w pobliżu kuchni. Babcia korzystając z wolnej chwili usiadła na skrzypiącej wersalce i otworzyła stary album. Przeglądając zdjęcia rozmyślała o przeszłości. Nagle jej wzrok zatrzymał się na zniszczonej fotografii. W tym momencie podeszły dzieci. Przylgnęły do ramion babci. Chciały koniecznie wiedzieć, kto widnieje na zdjęciu.
– To ja z dziadkiem – uśmiechnęła się babcia – byliśmy wtedy młodzi i pełni sił.
Szkraby nie dowierzały. Kobieta przymknęła oczy.
– Działo się to czterdzieści lat temu – zaczęła opowieść babcia – Byliśmy narzeczeństwem. Jurek – czyli wasz dziadek – zaprosił mnie na spacer po Plantach. Tworzyliśmy piękną parę. Zakochani nie widzieliśmy nikogo wokół siebie. Nagle oślepił nas blask fleszu. Przypadkiem zasłoniliśmy “Praczki”, które fotografował turysta. Zamiast rzeźby uchwycił nas – trzymających się za ręce. Poprosiliśmy nieznajomego o wywołanie zdjęcia. Wymieniliśmy się adresami.
Po paru dniach nadszedł oczekiwany list. W kopercie widniała fotografia – właśnie ta fotografia…
Jutro jest rocznica naszego ślubu. Chciałabym ponownie spacerować alejkami parku u boku waszego dziadka. Niestety, świat pędzi do przodu. Życie ucieka, a my coraz mniej czasu mamy dla siebie. Babcia posmutniała. Zamknęła album i poszła do kuchni. Wrócił dziadek – był głodny.
Następnego dnia wyjrzało słońce. Ciepłe promienie wpadały przez okna starej białostockiej kamienicy. Babcia obudziła się później niż zwykle. Pospiesznie udała się do kuchni. Przystanęła w drzwiach. Nie wierzyła własnym oczom. Ujrzała pięknie nakryty stół. Zapach śniadania pieścił jej nozdrza. Obok zobaczyła mężczyznę ubranego w czarny garnitur. Wspólny posiłek był początkiem wspaniałego dnia. Dziadek zaprosił babcię na spacer do parku. To miejsce przywoływało wiele wspomnień.
Zbliżając się do “Praczek” – niespodziewanie zza krzaków wyskoczyły wnuki i zrobiły dziadkom piękne zdjęcie – tak się przynajmniej wydawało.
Odtąd – w albumie – obok starej pożółkłej fotografii widnieje kolorowe zdjęcie. Babcia spogląda na nie z uśmiechem. Na pierwszym planie królują “Praczki”. Dzieciom z przejęcia zadrżały ręce i sfotografowały rzeźbę zamiast ukochanych staruszków.
Z ukosa
Praca Zuzanny Gil, uczennicy klasy II w I Liceum Ogólnokształcącym
Nagroda główna
Krystyna miała 9 lat i była poważną młodą kobietą. Razem z ciotką Zośką szły wąską uliczką skąpaną w strugach jesiennego deszczu, próbując osłonić się przed kroplami połamaną przez wiatr parasolką. Zimno już dawno przeniknęło ich płaszcze, a starannie uplecione warkocze Krystyny napuszyły się pod wpływem wszechogarniającej wilgoci. Dziewczynka jednym uchem wpuszczała informacje przekazywane jej przez ciotkę Zośkę, a drugim wypuszczała je na przykryty kałużami nierówny bruk. Bo u nas to taka Syberia Krysiu, wiuga od rana do wieczora, módl się Krysiu do Bozi żeby cioci korzonek nie przewiało, teraz kupić jaką dobrą maść to sztuka, wszędzie barachło, nic nie pomaga, a u tych Żydków to ostatnio same trucizny Krysiu, a bo oni w ogóle to dzieci pewnie w nocy kradną, pamiętaj Krysiu, nie kupuj u Żydków bo są odrażający i brudni i źli.
Zimny bruk dość chłodno przyjął litanię ciotki Zośki, a Krystyna wzruszyła ramionami. Masza, z którą zazwyczaj bawiła się w sklep raczej nie była zła, bo nigdy nie oszukiwała, gdy dostawała rolę sprzedawczyni, i pachniała całkiem ładnie. Jej tatuś, który miał dziwne włosy, zawsze dawał Krystynie słodkie cukierki, też pachniał ładnie. Na pewno lepiej niż ciotka Zośka w swoim starym płaszczu, który kojarzył się dziewczynce z popielniczką. Nie wspomniała o tym jednak swojej krewnej, wiedząc, że w końcu to i tak ciotka będzie miała rację.
Read more..
Pani Laura Kowalska
Autorką pracy jest Katarzyna Kubasik, uczennica klasy VIb w Szkole Podstawowej nr 1 w Białymstoku
Wyróżnienie
Pani Laura Kowalska obudziła się z wielkim bólem głowy. Była już starszą kobietą, mimo to nikt jej nie szanował i nie dał ani jednej chwili odpoczynku.
Idąc do pracy pogrążyła się w ponurych myślach, przez co nie zauważyła, że skręca w nieznaną sobie uliczkę. Gdy już uszła spory kawałek drogi zatrzymała się, nie wiedząc co robić. Ogarnął ją strach… Nagle zza rogu wyskoczył groźnie wyglądający mężczyzna i uderzył panią Laurę w twarz. Zachwiała się, poczuła, że ktoś wyrywa jej z ręki torebkę, po czym ogarnęła ją ciemność…
Leżała twarzą w dół na chodniku. Siniak na policzku piekł niemiłosiernie, a z nosa ciekła krew. Jej torebka znikła razem z bandytą. Podniosła się z wielkim trudem i próbowała wyjść z tego ponurego miejsca. Błądziła w ciemnych, budzących grozę korytarzach. Co jakiś czas zdawało jej się, że ktoś ją obserwuje. Nagle usłyszała krzyk pełen strachu i błagania.
Pobiegła szybko w tę stronę… i nagle stanęła jak wryta. Zaledwie parę metrów od niej pewien mężczyzna wlókł za włosy piękną młodą kobietę. Wyrywała się i wrzeszczała. W ręku mężczyzny zabłysł sztylet… i kobieta przestała krzyczeć. Osunęła się na ziemię bez życia. Po jej piersi spływały stróżki krwi. Pani Laura dopiero po chwili oprzytomniała. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Morderca spostrzegł ją i począł uciekać. Zauważyła kawałek swojej torebki, wystającej z jego kieszeni, która zaraz potem całkowicie wypadła. Nie poczuł tego, bo dalej uciekał…
Parę godzin później na miejsce zbrodni przyjechała policja. Zwłoki kobiety zabrano. Na chodniku pozostała wielka czerwona plama. Panią Laurę wypytywano jako świadka mordu. Następnego dnia przyszła z kwiatami na miejsce śmierci kobiety. Zmówiła za nią pacierz, a kwiaty ułożyła tak, aby zakryły ślady krwi. Potem poszła do domu i starała się już o tym nie myśleć. A ślad mordercy zaginął…
Sielanka
Autorem pracy jest Maciej Łapuć, uczeń klasy Vb w Szkole Podstawowej nr 1 w Białymstoku
Wyróżnienie
Nie ma to jak w Sielance, gdzie można było podjeść i popić. Widać jednak, że mało kogo było na to stać, by biesiadować w knajpce.
A kiedy w Sielance były pustki, to i kelner nie miał co robić. Wychodził sobie na próg restauracji i wyglądał gości. A jeśli szef płacił mu “na godzinę”, to pan Ober z Sielanki miał sielankowe życie. “Żyć, nie umierać” – marzył sobie w taki dzień. Ale po dniu, przychodził wieczór i wtedy Sielanka, ani chybił, się zapełniała. A co to – przed wojną panowie nie lubili wypić sobie jednego kieliszka wódki, bądź wina i zjeść smacznej kolacji? Nie stronili oni też od spędzenia wieczoru z wybranką serca w ulubionej Sielance. I wtedy kelner wolałby pracę opłacaną od utargu, nie “na godziny”. Tyle tylko, że zabiegany i upocony, w oparach dymu tytoniowego i zapachu alkoholu, nie mógłby spędzać sielankowego życia u wrót Sielanki.
Tak to w życiu bywa: coś za coś: żeby zarobić, trzeba się narobić. Albo nic nie robić i nic nie mieć!
Drogi Józku!
Autorem pracy jest Tomasz Dawid Bocheń, uczeń klasy Vc w Szkole Podstawowej nr 1 w Białymstoku
Kategoria: nagroda główna
Białystok, dn. 20.09.2010r.
Pozdrawiam Cię przyjacielu mój ze szkolnej ławy i cieszę sę bardzo, że mnie odnalazłeś po tylu latach. Dziękuję Ci za list i wszystkie zdjęcia przesłane. Ten pan Bronek fotograf tak dużo nam wtedy ich zrobił. Teraz możemy wspominać dawne czasy i dzieciństwo nasze.
Pamiętasz Józiu szkołę naszą i panią? Jaka ta pani Jadzia dobra i miła była. Często nas na wyciwczki zabierała. Gdy w maju 1938r. do Zwierzyńca szliśmy, wtedy cały Białystok nam pokazqła, a pan Augustis zdjęcia nam zrobił. Klasy naszej i pani naszej, gdy na płocie stała, jak zwykle uśmiechnięta. Pamiętasz, pani Jadzia o Poli Negri nam opowiadała. Premiera filmu z jej udziałem w Białymstoku była, w kinie “Nowy Świat”.
Aktorka w hotelu Ritz wiele nocy spała. Hotel był wspaniały, ale po wojnie go zburzyli. Przyjedziesz do Polski, to sam zobaczysz, jak miasto się zmieniło, ale piękne jest i teraz. Tylko ludzie trochę inni, mniej weseli. Wciąż gdzieś pędzą i mało się śmieją.
Józiu drogi, a przekupkę Zosię z bazaru na Rynku Siennym pamiętasz, która nam zawsze jabłka dawała? Niedawno jej córkę z wnuczką widziałem. Wiesz Józiu, ta mała Karolinka tak samo jak jej prababka się uśmiechała.
Tyle wspomnień dzięki Tobie wróciło. w Zwierzyńcu często były pikniki. Dużo hamaków między drzewami tam wisiało. Na tych hamakach koleżanki odpoczywały. Pamiętasz, jak pani nam wtedy mówiła, że nad hamakami tymi ułani na koniach skakali, gdy tylko ładną dziewczynę sobie upatrzyli. Oni się chyba tak przed nimi popisywali.
I smutne czasy też pamiętam. Groźna choroba zabrała dzieci dużo. Ich rodzice i dziatkowie płakali. Pamiętam, że nas z domów wówczas nie wypuszczali. Wszyscy bardzo się bali.
Później przyszedł jeszcze gorszy strach, gdy wojna wybuchła. Wyjechałeś, mój drogi kolego do innego kraju, ja zostałem. Ostatni raz Cię wtedy widziałem.
Piszesz mi w liście kolego kochany, że przyjedziesz niedługo. Nie mogę się doczekać naszego spotkania. W parku, przy Kawelinie powspominamy wszystko. Mam jeszcze kapelusz ojca swego, od tego fabrykanta, który ich codziennie trzy tysiące sprzedawał. Poznasz mnie po nim na pewno.
P.S. Pozdrawiam Cię gorąco i twoją rodzinę.
Twój przyjaciel Tomasz
